Strona główna » Oszukany, oszukana » 1200 sfałszowanych umów
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
6.04.2005r

Ambitne plany Pro-Modo
1200 sfałszowanych umów

          Oferta niemieckiej firmy Pro-Modo wydawała się wiarygodna. Mieli własne biuro w Poznaniu, z telefonem i faxem. Za biurkiem posadzili 21-letnią, nieświadomą swej roli Kasię. Dziewczyna ma dzisiaj wyrzuty sumienia i postanowiła o wszystkim opowiedzieć.

          Kasia przyjechała do Poznania dwa lata temu. Bardzo chciała podjąć studia, ale ponieważ nie miała większej kasy musiała zacząć do szukania pracy. Na początku pracowała jako hostessa w agencji reklamowej, później wkręciła się jako kasjer-sprzedawca w jednym z poznańskich marketów. Ostatnia jej praca, w Telekomunikacji Polskiej, nie przyniosła żadnych kokosów. Zresztą, tak samo jak poprzednie posady. Nigdy nie zarobiła więcej jak 300 złotych na miesiąc.

Nadszedł w końcu upragniony dzień
          Było to w czerwcu 2004 roku. Przeglądając w prasie oferty pracy, Kasia natknęła się na ogłoszenie następującej treści: „Potrzebna studentka do biura, wypisywanie listów, biegła obsługa komputera.” Zadzwoniła pod podany numer komórkowy i umówiła się na rozmowę kwalifikacyjną.
Pamiętam do dziś, ten biurowiec i twarze mężczyzn, którzy przyjmowali mnie do pracy – wspomina. – Wyglądali bardzo młodo. Mariusz był koordynatorem, zajmował się sprawami technicznymi, natomiast Sebastian (z nazwiska ponoć Schmidt – przypis red.)  przedstawił się jako właściciel firmy Pro-Modo w Niemczech. Dowiedziałam się, że w Polsce ma powstać filia tej firmy.  W biurze znajdowały się wszystkie niezbędne urządzenia: komputer, drukarka, telefon, biurko, nawet niemiecki certyfikat potwierdzający rejestrację Pro-Modo. Wszystko wyglądało profesjonalnie i wiarygodnie. Jeszcze tego samego zostałam przyjęta do pracy. Wtedy dowiedziałam się, że będę pośredniczyć w załatwianiu Polakom pracy sezonowej w niemieckim rolnictwie.
          Mężczyźni uprzedzili, że bardzo rzadko będą w Polsce. Tak też było. Sebastian przyjeżdżał do Poznania co miesiąc, z wypłatą oraz pieniążkami na firmę. Do obowiązków Kasi należało załatwianie ogłoszeń w gazetach (w województwach: wielkopolskim, śląskim, mazowieckim i pomorskim), przesyłanie internetem co miesiąc listy osób zapisanych na wyjazd do Niemiec, no i to co zwykle robi się biurze, czyli odbieranie telefonów.
          Wszystkich zainteresowanych informowała o charakterze pracy, o terminach wyjazdów, zarobkach, itd. Stawka za godzinę wynosiła 5-7 euro netto, wyżywienie miało być we własnym zakresie, a za noclegi należało spodziewać się potrąceń po 3-5 euro za dobę. Pośrednictwo, w którym pracowała Kasia nie pobierało żadnych opłat ani prowizji, co bardzo wielu dziwiło. Jedyne, za co mieli płacić, to przejazd autokarem na miejsce pracy. Aby wyjechać wystarczyło wypełnić kwestionariusz osobowy, który Kasia przesyłała listownie lub można było pobrać go ze strony internetowej www.pro-modo.com lub www.promodo-republika.pl.
          Po trzech miesiącach próbnych  Kasia miała otrzymać umowę o pracę. Ale nigdy się jej nie doczekała. Tymczasem zaczęły nadciągać chmury…

Gdzie są dokumenty?
          Nagle zrobiła się afera z dokumentami. W pewnym biurze ogłoszeń potrzebowali dokument potwierdzający legalność pośrednictwa Pro-Modo.
          – Gdy w końcu otrzymałam ten dokument, wzbudził on we mnie pewne wątpliwości – przyznaje Kasia. – Poprosiłam o pomoc znajomego księgowego. Spojrzał na papier tylko raz i powiedział, że jest lewy. Gdy powiedziałam o tym Sebastianowi, ten zaczął się tłumaczyć, że wszystkiemu jest winna pewna pośredniczka, której powierzył pieniądze i miała załatwiać mu w Niemczech odpowiednie dokumenty. Ponoć pieniądze zgarnęła i ślad po nie zaginął. Byłam wtedy bardzo naiwna i uwierzyłam w tą bajkę.
          Kasia cały czas była przekonana, że to tylko chwilowe kłopoty i dlatego bez większych oporów zgodziła się pomóc swojemu pracodawcy. 20 października 2004 roku zarejestrowała własną firmę i całą odpowiedzialność wzięła na siebie. Sebastian obiecał, że wszystko wyprostuje, że już niedługo będą wszystkie niezbędne dokumenty i zgody. Jednak tak naprawdę interesowały go dane na temat liczby zarejestrowanych osób, które chciały skorzystać z oferty Pro-Modo. Do końca 2004 roku chciał mieć zarejestrowanych 10 tysięcy osób. Dlatego Kasia zamiast cztery godzin dziennie – jak było ustalone wcześniej – siedziała przy słuchawce osiem godzin, a czasem nawet więcej. Chciała zebrać jak najwięcej nazwisk, aby pokazać swoim niemieckim pracodawcom jak dobrym jest pracownikiem.

Znikający autobus
          W sam Nowy Rok Kasia otrzymała od Sebastiana terminy wyjazdów do pracy w Niemczech. Wszyscy mieli wyjechać w dniach 27 i 28 stycznia. Bardzo się ucieszyła, że może zacząć informować zainteresowanych, iż niebawem pojadą do pracy. Tymczasem, już od 3 stycznia zaczęły się masowe telefony oraz osobiste wizyty ludzi z umowami w ręku. Kasia była w szoku. Nikt ją nie uprzedził, nic nie wiedziała o rozsyłanych przez jej mocodawców umowach o pracy. Szok zamienił się w przerażenie, gdy zaczęła sprawdzać legalność firmy przewozowej z Piły, która rzekomo miała zająć się przerzuceniem całej tej masy ludzi do Niemiec. W pismach dołączonych do umowy pojawiło się żądanie zapłaty 321 złotych (na wskazane konto w banku WBK w Pile) na pokrycie kosztów przejazdu.
          – Osobiście dzwoniłam do biura numerów, aby upewnić się czy przewoźnik, niejaki  Krystian Benkowski posiada koncesję, ale pod podanym adresem, ul. Żeromskiego 90, znajdowała się jakaś Agencja Promocyjno-Reklamowa, a o Benkowskim nikt nie słyszał – opowiada oburzona dziewczyna. – Na domiar złego, po dokładniejszemu przyjrzeniu się umowom,  doszłam do wniosku, że wszystkie są sfałszowane. Pieczątki Ministerstwa Gospodarki i Pracy powinny być czerwone, a nie czarne. Ponadto zabrakło bardzo ważnej pieczątki Wojewódzkiego Urzędu Pracy.

Wszyscy mieli jechać do Nettetal
          W sumie, w bazie Pro-Modo znalazło się 1200 osób i tyleż otrzymało fikcyjne umowy o pracę. Co śmieszne, wszyscy mieli być skierowani do pracy na tej samej plantacji w miejscowości Nettetal (na zachód od Düsseldorfu). – Pewnie chcieli zasadzić całe Niemcy – śmieje się Kasia, a jednocześnie po twarzy spływają jej łzy. Gdy zadzwoniła do Sebastiana z żądaniem wyjaśnień, ten wszystkiego się wyparł, a co gorsza oskarżył ją, że to ona wysłała sfałszowane umowy do ludzi. Dalej już nie interesował się losami poznańskiej filii Pro-Modo. Nawet nie miał zamiaru przyjechać i wyjaśnić całej sytuacji na miejscu.
          – Byłam naiwna, głupia i za bardzo ufna – przyznaje z żalem Kasia. – Tyle razy kolega mi powtarzał, że w interesach liczą się przede wszystkim dokumenty. Nie słuchałam nikogo i mam teraz nauczkę do końca życia.

Ostrzegawcze telefony
          Widząc co się dzieje, Kasia wzięła się za wydzwanianie i – jak ocenia – udało się ostrzec około 600 osób, aby nie płaciły na przejazd. Do wielu nie zdążyła jednak dotrzeć. Może tylko kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset osób dało się nabrać i wpłaciło po 321 złotych. Otrzymali potem bilety na przejazd, ale nikt nie wyjechał, a tym bardziej nie dostał obiecanej pracy.
          Tymczasem, sprawa trafiła na policję w Poznaniu. Prowadzą ją policjanci z komisariatu przy ul. Rycerskiej 2.  Poszkodowani tam właśnie powinni się zgłaszać.
          A po Sebastianie i Mariuszu wszelki słuch zaginął. Kasia podejrzewa, że tak naprawdę być może wcale nie przebywają w Niemczech, lecz gdzieś w Polsce i kto wie, czy nie w Pile. Na konto tamtejszego banku miały bowiem wpływać wyłudzane opłaty.

Krystyna Nawrocka

P.S. Imię bohaterki zostało celowo zmienione.

 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?