Strona główna » Włochy » Ciao pomodori
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
29.07.2005r.

WŁOCHY | Nigdy w życiu!
Ciao pomodori

Miałem dwa tygodnie na zorganizowanie czegoś. Znalazłem w internecie ofertę pracy przy zbiorze pomidorów: praca na akord, za pośrednictwo nic się nie  płaci. Podany był tylko numer komórki. Dzwonię.

          Gość– indagowany przeze mnie – przedstawił się jako Jacek Ziobro (śmiało można mu skopać tyłek!) i podał parę szczegółów: zarobki ok. 50 euro dziennie, najlepiej wziąć namiot, to opłata za nocleg odpada. Można też spać w barakach robotniczych za 100 euro miesięcznie (na miejscu okazało się, że nigdy nie było tam żadnych baraków!), wyżywienie we własnym zakresie. Opłata jest tylko za przejazd na południe Włoch – 550 złotych.

Niemiłe złego początki
          Pod koniec czerwca mieliśmy wyruszyć z Biłgoraja. Już początek wyprawy wskazywał, że coś jest nie tak. Na umówionego busa czekałem cztery godziny. Kierowców było dwóch. Ten, który prowadził miał całe ramię w gipsie, drugi opróżniał kolejne butelki z piwem. Po drodze do granicy zahaczyliśmy o prokuratora w Mielcu, bowiem zagipsowany jest ścigany przez wymiar sprawiedliwości i próbował coś „załatwić”. Zeszło jakieś dwie godziny. Potem dłuższy postój przed samą granicą. Okazało się wtedy, jakie jest główne źródło zarobku firmy przewozowej. Na parking zajechały dwa inne busy i dwa auta osobowe. Oczekiwali nas „kontrahenci” z Ukrainy. Do „naszych” busów dosiadło się sześć nieświeżych Ukrainek, którym... dorabiano polskie paszporty (moją obecnością nie przejmowano się wcale). To na nich głównie zarabia szajka przemytników, a zwykli pasażerowie służą im jedynie za parawan. Szefem był niejaki Krzysiek, podobno były policjant z Janowa Podlaskiego.
          Na granicach kierowca zbierał od nas paszporty, a do pierwszego wkładał 50 euro. Bez przeszkód dotarliśmy do Włoch. Ukrainki wyrzucono z busa na pierwszej stacji benzynowej, choć miały być dowiezione do Rzymu. Busy rozdzieliły się, a mnie z drugim przerażonym amatorem pomidorów, przerzucono do golfa combi, który prowadził sam szef gangu. Znał on osobiście pośrednika, który miał nam zorganizować pracę.

Jednak żądają prowizji

          Via Adriatica jechaliśmy prawie bez słowa kilka godzin. Milczenie przerwał tylko na chwilę kierowca, który chciał się upewnić, że mamy pieniądze dla pośrednika. – Jakie pieniądze? – zapytaliśmy zgodnie. – Przecież Ziobro mówił...
Tu nastąpił wybuch przekleństw i groźba, że jak nie mamy po 100 euro, to on nas dalej nie wiezie. Mieliśmy.
          W niedzielę rano, po 35 godzinach podróży byliśmy w Orta Nova nieopodal Foggi. Kierowca dostarczył nas do domu nowego szefa, Krzysztofa Owczarka (nazwisko zdobyłem po miesiącu, przez przypadek, znajdując jego paszport w samochodzie, którym wiózł nas do pracy). Jeszcze przed południem dostarczył on nas i jeszcze trzech chłopaków z Gorzowa Wielkopolskiego (przed miesiącem opuścili więzienie) na miejsce pracy, gdzie jednocześnie mieliśmy mieszkać.

Nowy „dom”
          Okazała się nim kilkudziesięcioletnia ruina, bez dachu, wody i prądu. Cuchnęło koszmarnie. Całą niedzielę sprzątaliśmy, by na wieczór na betonowej podłodze rozbić dwa namioty. Nazajutrz o 5.00 rano rozpoczęliśmy plewienie zielonych jeszcze pomidorów. Okropny upał pozwolił pracować do 11.30. Powrót z pola zajmował nam jakieś 30 minut, temperatura przekraczała 50 stopni. W „domu” jedliśmy to, co kto miał, krótka drzemka i o 15.30 wyruszaliśmy znowu. Pracę kończyliśmy o 19.00.
          Zakupy robił wspomniany Krzysiek, albo jego kolega i nasz drugi boss – Ukrainiec Piotr. Oczywiście na wszystko narzucali swoją marżę. Dodatkowo żądali butelki wódki.

Jeden wielki szwindel
          Mniej więcej po tygodniu męczarni, na „naszym” podwórku pojawił się autokar z Katowic z robotnikami. Gdy zobaczyli w jakich warunkach mieszkamy, niemal wszyscy postanowili wracać do kraju. Zostało pięć osób.
          Po dwóch tygodniach przyszedł czas rozliczeń. Włoch Fabrizzio odmówił zapłaty za godziny, bo rzekomo źle pracowaliśmy. Zapłacił jedynie za wyplewione 6 hektarów. Nie zapłacił też Ukraińcowi, który dostarczył mu robotników. Kłótnia była okropna. Pozbierałem z ziemi rzucone w gniewie przez Ukraińca pieniądze (1500 euro) i podzieliłem między nas. Wypadło po 150 euro na głowę. Jak się później okazało był to nasz największy „zarobek” podczas całego pobytu.

Kolejna plantacja
          Stamtąd wywieźli nas pod Ordone, gdzie zbieraliśmy przez kilkanaście dni cebulę – na przemian z okopywaniem karczochów – za 2,5 euro za godzinę. Ziemia twarda jak skała, upał niemiłosierny, każde prostowanie pleców groziło odpisaniem godziny.
          Znowu zamieszkaliśmy w ruinach. Wodę nosiliśmy w plastikowych kanistrach po nawozach. Myliśmy się pod gumowym wężem ciągnąć przeraźliwie zimną wodę ze studni głębinowej.
          Za tę pracę zapłacono nam po dwóch tygodniach. Po odjęciu zakupów wyszło po jakieś 80 euro na głowę. Kto kupował papierosy – wyszedł na zero.

Zbiór pomidorów
          Którejś nocy – bo rzekomo carabinieri mieli już nas na oku – przerzucono nas na plantację pomidorów. W zupełnych ciemnościach rozbijaliśmy namioty, by rano stwierdzić, że mieszkamy na... ściernisku. Z każdą chwilą robiło się coraz goręcej. W namiocie było jak w saunie.
          Codziennie rano wyruszaliśmy do pracy pieszo lub autami bossa i jego kumpli. Na „nasze” ściernisko podstawiono plastikową cysternę (też po nawozach)z wodą do mycia i picia.

Nietypowe metody
          Krzaki wyrywa się z korzeniami (po dwa, trzy do każdej ręki) i strząsa pomidory do plastikowych kasetonów, o pojemności 350 kilogramów. Jak owoce są duże, dwie osoby mające wprawę napełniają kaseton w 20 minut. Jeśli są małe, to się zbiera dwa pojemniki na dzień. Nam za jeden kaseton pośrednik płacił 3 euro, a jemu Włoch– 5 euro. Tak więc zbój na każdym kasetonie miał 1,5 euro, plus zapłatę za wynajęcie robotników, plus marża za zakupy.

Kolejny „podatek”
          Zaczął obowiązywać po tygodniu, kiedy z Polski – ponoć z Ciecierzyna w lubelskiem – przyjechał wspólnik bossa, niejaki Janusz Niedźwiadek. Wprowadził opłaty za dowóz do pracy, liczone dwa tygodnie do tyłu, ryczałtem, bez względu na to, czy ktoś jeździł, czy nie.
          Kilku z nas nie wytrzymało i próbowało się postawić. Kiedy zobaczyliśmy pistolet przyłożony do brzucha pierwszego, który poszedł negocjować, była to nasza ostatnia próba buntu.

Dodatkowy zarobek
          Dwóch ex-kryminalistów z Gorzowa dogadało się po cichu z Owczarkiem, że dowiozą nowych ludzi z Polski. Za każdego mieli otrzymać po 50 euro. Pewnego dnia po prostu zniknęli, by pojawić się po tygodniu z kilkunastoma ludźmi ze swojej miejscowości. Każdy z nich zapłacił wpisowe – haracz po 50 euro i naiwnie myślał, że odrobi to w jeden dzień. Naganiacze poczuli się zagrożeni, bo ziomkowie zrozumieli, że zostali oszukani. Po kilku dniach spłonął ich namiot razem ze wszystkimi rzeczami, a oni sami musieli salwować się ucieczką. Od tej pory atmosfera stawała się coraz gorsza.

Wracamy do domu
          Ponieważ zbliżał się koniec sierpnia, postanowiłem wracać do Polski. Podobną decyzję podjęło jeszcze kilku chłopaków. Szef nas rozliczył, a nawet odwiózł na przystanek. Autobusem dojechaliśmy do Foggi, a stamtąd do kraju (bilet kosztował 90 euro).

*  *  *

          W sumie przez siedem tygodni nieludzkiej pracy, na nieludzkiej ziemi, w okropnych warunkach, zarobiłem na czysto 450 euro i schudłem 18 kilo. Acha, i jeszcze się opaliłem. No i miałem sporo szczęścia. Nikt mi nie ukradł paszportu, nie pobił, nie spalił rzeczy, nie pchnął nożem, nie groził pistoletem. Nie dostałem krwotoku i nie straciłem przytomności z upału... Słowem, bilans wypada dotatnio.

Tomasz Dąbrowski

 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?