Strona główna » Kraje pozostałe » Piekło na farmie
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
31.08.2012r.
Nasi rodacy potwierdzają, że kluczem do podniesienia wydajności pracy nie musi być obniżenie kultury osobistej kadry menadżerskiej WIELKA BRYTANIA | Wstrząsająca relacja Polaków

Piekło na farmie

„M. Baker" - to nazwa dużej farmy pod Bostonem w hrabstwie Lincolnshire. Jednak dla pracujących tam Polaków „baker" to „birkenau". Czym ich pracodawca zasłużył sobie na taki przydomek? Boston - niewielka portowa miejscowość 180 km na północ od Londynu. Po wejściu polski do Unii, o leniwym zazwyczaj miasteczku zrobiło się głośno z powodu aż dwudziestu pięciu statystycznych emigrantów przypadających na stu Bostończyków.


Nie obyło się bez zamieszek i osobistych dramatów. Rozpisywała się o tym nawet ogólnokrajowa prasa. Jednak do największych dramatów dochodzi często za zamkniętymi drzwiami, po cichu. Niestety, ich niechcianymi bohaterami są w tym przypadku nasi rodacy.

Praca na akord, płaca na godzinę
Lincolnshire to zagłębie upraw rolnych - głównie kapusty, sałaty i ziemniaków. Praktycznie wszyscy mieszkający tam Polacy to pracownicy okolicznych farm. W całym hrabstwie doliczyć się można ich 560, w tym wokół samego Bostonu około sto. Ale takich pracodawców jak M. Baker jest w okolicy niewielu: jako nieliczni, mając kontrakt z odbiorcami rzędu Tesco, dają zatrudnienie przez okrągły rok. Dla przyjeżdżającego do pracy na Wyspach Polaka, stała praca to podstawa. Najwyraźniej niektórzy pracodawcy dobrze o tym wiedzą i potrafią ten fakt świetnie wykorzystać. Jak stwierdza chcąca zachować anonimowość jedna z byłych pracownic M. Baker: „Płacone miałam na godzinę, ale wymagano od nas pracy jak w akordzie". Inna, też chcąca zachować anonimowość Polka, dodaje: „Najbardziej bałam się tego, że menadżer Terry nie przestrzegał zasad bezpieczeństwa. Jeździł wózkiem widłowym jak szalony. Raz poprosiłam go o zdjęcie mi palety. On ją zdjął i z wysokości rzucił mi pod same nogi. Mam szczęście, że zdążyłam odskoczyć". „Pamiętam jak Terry rzucił raz nożem blisko mojej dziewczyny" - to już inny naoczny świadek. „Całe szczęście, że nic złego się nie stało". Jednak to zdecydowanie nie wszystko co działo się - i nadal dzieje - w nadmorskiej, pozornie spokojnej farmie.

Godność? Jaka godność!
Jednej z nowych pracownic Terry kazał zawiązać sobie sznurówkę przy bucie" - zdaje relację inna Polka, również chcąca zachować anonimowość. Wszyscy obecni lub byli pracownicy M. Baker potwierdzają, że wielokrotnie widzieli swojego menadżera Terry'ego jak wkładał sobie rękę w spodnie, wyjmował i dawał dziewczynom do wąchania. Według zgodnej relacji świadków, wiele razy dochodziło do prób obmacywania dziewcząt, obmacywania biustu, itp. „Raz w ciepły dzień spociłam się - Terry kazał mi rozpiąć zamek. Innym razem poprosiłam go o zszywacz. Powiedział wtedy: Najpierw buzi, potem zszywacz" - to relacja jeszcze jednej, pragnącej zachować anonimowość Polki.

Dobrze zmotywowany pracownik
Krzyki i wyzwiska to dzień powszechny na podbostońskiej farmie. „Małpy, pedały, polskie świnie", a wobec dziewcząt „polskie k***y" - takimi epitetami „zagrzewa" do wydajniejszej pracy swój team Terry Wright, menadżer pack-house'u. Do jednego z chłopaków na brukselce miał powiedzieć, że „jak jeszcze raz znajdzie zgniłą sztukę, to wsadzi ją jego dziewczynie w..." - nie kończy swojego zdania kolejny świadek. „Każdy się bał, by nie stracić pracy, a on o tym wiedział i dlatego sobie pozwalał" - to kolejny anonimowy głos. Inny świadek mówi, że razem z żoną zwolnili się z pracy po tym, jak Terry poklepał jego małżonkę po pupie. Niestety, jedna z dziewczyn nie wytrzymała presji i musiała zgłosić się do lekarza psychiatry. Potwierdza to ewidencja szpitalna.

Bunt niemile widziany
Polacy pracujący w M. Baker zatrudnieni byli przez polską agencję pośredniczącą. To do jej szefowej pracownicy farmy zaczęli przychodzić ze skargami i prośbami o pomoc. Przełom nastąpił w kwietniu 2012 r.

Łukasz - pierwszy świadek, który nie boi się podać swego imienia, tak opowiada o tamtym zajściu: „Ani w polu, ani na zakładzie nie wolno nam było rozmawiać, bo niby przez to wydajność spada. Ja zamieniłem kilka słów z kolegą - usłyszał to Terry. Wpadł na linię, zaczął krzyczeć, walić pięściami. Tak przy wszystkich. Nie wytrzymałem. Rzuciłem narzędziami i normalnie odszedłem z pracy. Nie będę dawał się poniżać. Jeśli będzie potrzeba, wszystko co widziałem przez te trzy lata powtórzę gdzie trzeba".

Zachowanie Terry'ego tak kwituje menadżer pola, również Polak: „Ten człowiek ma problemy z samym sobą. Nie powinien zajmować tak odpowiedzialnego stanowiska".

Trafił swój na swego
Po tamtym wydarzeniu, Terry został zawieszony w pracy na kilka dni. „Gdy pojawił się ponownie" - opowiada kolega Łukasza - trochę sobie odpuścił, ale potem znów wszystko wróciło do normy. Czuł się bezkarny". Wtedy do akcji wkroczyła szefowa polskiej agencji: „Zgłosiłam sprawę do dyrekcji oraz skontaktowałam się z prawnikami. Efekt był taki, iż usłyszałam oficjalnie od szefa, że firma nie zna lepszej metody do motywowania pracowników niż krzykiem i popędzaniem. No i od razu straciłam kontrakt z firmą".

Wielkie problemy
Mój telefon do firmy odbiera Ian, sam dyrektor. Potwierdza, że Terry Wright jest aktualnym pracownikiem firmy. Jednak na pytanie w jakim stopniu metody pracy pana Wright odzwierciedlają politykę firmy, dyrektor odpowiada, cytuję: „Wszystko się rozbija o firmę pośredniczącą i jej szefową". I dodaje: "Ta pani sprawiła nam wiele problemów".

Gdy nalegam na odpowiedź na moje pytanie i cytuję niektóre wypowiedzi świadków, dyrektor przyznaje, że takie metody są „nieakceptowane i złe", ale - uwaga - jeśli w ogóle się pojawiły, bo do tej pory nie zostały udowodnione". Dyrektor wyraził również zainteresowanie przesłaniem mu kopii tego numeru naszej gazety. Gdy pytam szefową polskiej agencji o jakich problemach mówił dyrektor farmy, ta odparła: „Po pierwsze, podaliśmy sprawę do prawników. A po drugie, ludzie uwierzyli w siebie, podnieśli głowy i po raz pierwszy od kilku lat otworzyli usta. Szefostwo nie ma już spokoju, więc z ich punktu widzenia rzeczywiście narobiłam im wielkich problemów".

Koszty uzyskania przychodu
Po odejściu z pracy, Łukasz szybko znalazł nową farmę, notabene przez poznaną w M. Baker polską agentkę: „Tak mi ta praca zryła psychikę, że teraz nie mogę uwierzyć, że wysiedziałem tam tyle lat. Nikt nie chce słyszeć wyzwisk, bo np. jako nowy nie wyrabia się z pakowaniem. A dzisiaj aż chce mi się chodzić do pracy". Łukasz zauważa również: „Inne farmy też robią dla Tesco, ale nie ma takiego nacisku i takich metod". Tę „unikalność" M. Baker potwierdza Tomek, który w firmie wytrzymał 4,5 roku: „To była moja pierwsza praca w UK, więc już zacząłem myśleć, że to normalka i że wszędzie obmacują dziewczyny i wszędzie rzucają w chłopaków kapustą i tray'ami. Ale na obecnej farmie szefostwo zachowuje się normalnie. Szanują człowieka. Gdy pada deszcz, pytają czy mamy odzież, gdy jest słońce, a my w polu - dadzą olejek do rąk. Jest zwykły ludzki szacunek". I kończy: Nie pracuję tu cały rok, ale na resztę czasu biorę holiday'a i do Polski!".

Dobrze wiemy, że rynek jest wymagający i każdej firmie zależy na wydajności pracy. Mimo to, nasi rodacy potwierdzają, że kluczem do podniesienia wydajności pracy nie musi być obniżenie kultury osobistej kadry menadżerskiej. Dlatego wedle obietnicy, wysyłamy kopię gazety do M. Baker ze świadectwem ich własnych pracowników oraz oczekujemy wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec nadużywających swojego stanowiska menadżerów.
Jacek Wąsowicz

przedruk z tygodnika Polish Express
www.polishexpress.co.uk


 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?