Strona główna » Niemcy » Ciężka praca ,,w smutnym'' miasteczku...
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
07.11.2007r.
Ciężka praca w „smutnym” miasteczku...
NIEMCY | Ponad dwa lata temu przechodząc obok kiosku zauważyliśmy z kolegą waszą gazetę. Już sam tytuł otworzył nam w wyobraźni furtkę do zarobienia dobrej kasy...

onieważ wykształcenie zdobywaliśmy w czasach komuny, nie mogliśmy wykazać się wszechznajomością zawodów i nasz wybór padł na rubrykę „Praca w wesołych miasteczkach”. Ale i tu ujawniła się bariera, gdyż właściciele wybranej przez nas „karuzeli” wymagali przesłania faksu w ich ojczystym języku. Ponieważ podania o pracę mieliśmy napisane po polsku, postanowiliśmy skorzystać z usługi tłumacza (w końcu co tam 50 zł, jak tu taka perspektywa). Po dwóch godzinach od wysłania zgłoszenia otrzymaliśmy telefon, w którym łamaną polszczyzną zostaliśmy poinformowani o przyjęciu do pracy nas obu, ale pod warunkiem stawienia się w Chemitz w dniu następnym o 8.00 rano. Kupiliśmy dwa bilety na autokar, zrobiliśmy drobne zakupy, zorganizowaliśmy parę groszy na telefon i ruszyliśmy w trasę. Super! Na miejscu byliśmy o 5.00 rano. Obeszliśmy „karuzelę” metr po metrze czekając do 8.00 i zastanawiając się, ilu pracuje tu już Polaków, skoro stoją cztery ciężarówki, masa przyczep, kebab na kółkach, itd. O 8.00 wyszła pani po 50-tce. W odpowiedzi na jej „bitte?”, przekazaliśmy kartkę, którą napisał nam tłumacz. Po kilku minutach pojawił się mężczyzna mówiący łamaną polszczyzną, oprowadził nas, przydzielił miejsce w „wagonie” i zaordynował śniadanie na przywitanie. Warunki były więcej niż przyzwoite. Karuzela była już rozstawiona, a nam pozostały w zasadzie tylko prace „kosmetyczne”. Przez cztery dni byliśmy przekonani, że lepiej trafić nie mogliśmy. W końcu przyszła niedziela. Jak co dzień „karuzela” funkcjonowała do 21.00, ale w ten dzień zostaliśmy „docenieni” jako siła robocza ze wschodu. Ktoś kto był przy rozkładaniu i składaniu „autodromów” wie o czym piszę. Naszym zadaniem było złożenie kompletu ważącego 40 ton na przyczepy. Wyobraźcie sobie – dwóch Polaków i 40 ton. Zaczęliśmy o 21.00 w niedzielę, a robiliśmy do 8.00 rano. Zaciskając zęby, padając nad ranem ze zmęczenia, daliśmy radę. Niestety, koło południa zostaliśmy obudzeni na obiad, po którym nastąpił wyjazd do kolejnego miasta. Zaskoczył nas sposób „konwojowania” całego tego bajzlu. Obaj otrzymaliśmy kluczyki od samochodów ciężarowych (posiadamy prawa jazdy tylko kat. C), przy których były doczepione po dwa „wagony”. Na nic zdały się tłumaczenia o braku uprawnień na przyczepy. Po przetransportowaniu do kolejnego miasta mieliśmy czas od 8.00 do 16.00 na wystawienie całego „autodromu”. Okazało się, że oprócz nas są tam zatrudnieni dwaj Niemcy. Poinformowano nas jednak, że są to pracownicy od pozostałej części karuzeli. Wytrzymaliśmy tak objazd trzech miast i postanowiliśmy zrezygnować. Po dwóch dniach w tygodniu składania i rozkładania przez kolejne pięć dni nie mogliśmy dojść do siebie. Szefowa postanowiła nas rozliczyć (za ponad trzy tygodnie pracy). I co się okazało? Trzy miasta razy 16 godzin – czyli składanie i rozkładanie „autodromów” – płatne po 4 euro za godzinę! Otrzymaliśmy po 250 euro, gdyż szefowa uznała, że pozostałe pieniądze to opłata za wyżywienie i spanie. Wróciliśmy do kraju i omijamy szerokim łukiem wesołe miasteczka... To pierwsza z nagrodzonych historii nadesłanych przez naszych Czytelników. Jeśli chcesz, aby Twoja także ukazała się na naszych łamach, a przy okazji chcesz trochę zarobić, łap za pióro. Szczegóły w ramce powyżej!
onieważ wykształcenie zdobywaliśmy w czasach komuny, nie mogliśmy wykazać się wszechznajomością zawodów i nasz wybór padł na rubrykę „”. Ale i tu ujawniła się bariera, gdyż właściciele wybranej przez nas „karuzeli” wymagali przesłania faksu w ich ojczystym języku. Ponieważ podania o pracę mieliśmy napisane po polsku, postanowiliśmy skorzystać z usługi tłumacza (w końcu co tam 50 zł, jak tu taka perspektywa). Po dwóch godzinach od wysłania zgłoszenia otrzymaliśmy telefon, w którym łamaną polszczyzną zostaliśmy poinformowani o przyjęciu do pracy nas obu, ale pod warunkiem stawienia się w Chemitz w dniu następnym o 8.00 rano. Kupiliśmy dwa bilety na autokar, zrobiliśmy drobne zakupy, zorganizowaliśmy parę groszy na telefon i ruszyliśmy w trasę. Super! Na miejscu byliśmy o 5.00 rano. Obeszliśmy „karuzelę” metr po metrze czekając do 8.00 i zastanawiając się, ilu pracuje tu już Polaków, skoro stoją cztery ciężarówki, masa przyczep, kebab na kółkach, itd. O 8.00 wyszła pani po 50-tce. W odpowiedzi na jej „”, przekazaliśmy kartkę, którą napisał nam tłumacz. Po kilku minutach pojawił się mężczyzna mówiący łamaną polszczyzną, oprowadził nas, przydzielił miejsce w „wagonie” i zaordynował śniadanie na przywitanie. Warunki były więcej niż przyzwoite. Karuzela była już rozstawiona, a nam pozostały w zasadzie tylko prace „kosmetyczne”. Przez cztery dni byliśmy przekonani, że lepiej trafić nie mogliśmy. W końcu przyszła niedziela. Jak co dzień „karuzela” funkcjonowała do 21.00, ale w ten dzień zostaliśmy „docenieni” jako siła robocza ze wschodu. Ktoś kto był przy rozkładaniu i składaniu „autodromów” wie o czym piszę. Naszym zadaniem było złożenie kompletu ważącego 40 ton na przyczepy. Wyobraźcie sobie – dwóch Polaków i 40 ton. Zaczęliśmy o 21.00 w niedzielę, a robiliśmy do 8.00 rano. Zaciskając zęby, padając nad ranem ze zmęczenia, daliśmy radę. Niestety, koło południa zostaliśmy obudzeni na obiad, po którym nastąpił wyjazd do kolejnego miasta. Zaskoczył nas sposób „konwojowania” całego tego bajzlu. Obaj otrzymaliśmy kluczyki od samochodów ciężarowych (posiadamy prawa jazdy tylko kat. C), przy których były doczepione po dwa „wagony”. Na nic zdały się tłumaczenia o braku uprawnień na przyczepy. Po przetransportowaniu do kolejnego miasta mieliśmy czas od 8.00 do 16.00 na wystawienie całego „autodromu”. Okazało się, że oprócz nas są tam zatrudnieni dwaj Niemcy. Poinformowano nas jednak, że są to pracownicy od pozostałej części karuzeli. Wytrzymaliśmy tak objazd trzech miast i postanowiliśmy zrezygnować. Po dwóch dniach w tygodniu składania i rozkładania przez kolejne pięć dni nie mogliśmy dojść do siebie. Szefowa postanowiła nas rozliczyć (za ponad trzy tygodnie pracy). I co się okazało? Trzy miasta razy 16 godzin – czyli składanie i rozkładanie „autodromów” – płatne po 4 euro za godzinę! Otrzymaliśmy po 250 euro, gdyż szefowa uznała, że pozostałe pieniądze to opłata za wyżywienie i spanie. Wróciliśmy do kraju i omijamy szerokim łukiem wesołe miasteczka...

Tomasz Nagadowski (Wałbrzych)


 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?