Strona główna » Niemcy » Wyzysk po niemiecku
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
21.10.2005r

Pisane przez życie
Wyzysk po niemiecku

W jednej z gazet znalazłem ogłoszenie o pracy w Niemczech. Brzmiało ono w skrócie tak: „praca w wesołym miasteczku, wynagrodzenie 1050 euro miesięcznie, okres pracy do 6 miesięcy, Frau Kuchenmeister, Schwerte”. Zdecydowałem się i zadzwoniłem do pracodawcy.
          Dowiedziałem się przez telefon, że praca ma być legalna (dokumenty miały być załatwione w ciągu kilku dni od momentu przyjazdu na miejsce), miałem dostać kemping z pełnym wyposażeniem i mogłem zabrać ze sobą dwie osoby. Tygodniowe wynagrodzenie – 180 euro. Mieliśmy pracować wyłącznie przy sprzedaży żywności. Język powinna znać tylko jedna osoba. Wysłałem więc list i podałem nasze dane. Po około dwóch tygodniach zadzwoniła do mnie pani Kuchenmeister i powiedziała, że możemy przyjechać 8 sierpnia. Pojechaliśmy własnym autem.
          Po przyjeździe okazało się, że kemping dla nas jest, ale bez toalety, prysznica i ciepłej wody, a umywalka jest dziurawa. Szefowa powiedziała, że to tylko kilka dni bo „ten w pełni wyposażony kemping jest na przeglądzie”. Musieliśmy korzystać z toalety, mieszczącej się w drugim kempingu, gdzie mieszkali inni Polacy. Powstał też inny problem. Pracodawca oczekiwał, że wszyscy będziemy znać język niemiecki, tymczasem tak nie było – o czym był wcześniej informowany. Obiecano nam, że w ciągu tygodnia dostaniemy pozwolenie na pracę. Szefowa wzięła paszport od jednego z nas. Jeden z już tam pracujących powiedział nam, że przez miesiąc dostawał 50 euro na tydzień. Podobnie było i w naszym przypadku. Za pierwszy i drugi tydzień dostaliśmy po 50 euro, za trzeci 150 euro. Pozwolenia na pracę dalej nie było.
          Pracowaliśmy w tygodniu po 10 godzin dziennie, a w weekend nawet do 2.00 w nocy. Pewnego ranka zostałem zabrany 100 kilometrów od Schwerte, aby kilka godzin sprzedawać żywność na innym wesołym miasteczku. Okazało się, że pracuję u syna szefowej (o czym wcześniej nie wiedziałem). Oczywiście dwoje znajomych zostało w Schwerte. Po zakończeniu pracy, około 1.00 w nocy musiałem jeszcze postawić budki z żywnością, co trwało do 9.00 rano. Następnego dnia musiałem znów te budki ustawiać w innym mieście. I tak do wieczora. Do kempingu wróciłem po 40 godzinach, śmiertelnie zmęczony i praktycznie bez jedzenia. Dostałem co prawda obiad, ale później odliczono mi to od wynagrodzenia.
          Wszyscy troje mieliśmy pracować w jednej budce, lecz każdy z nas pracował oddzielnie, mimo że tylko jedna osoba znała język niemiecki w stopniu komunikatywnym. Pewnego dnia zostałem oskarżony o kradzież 5 euro, ale nikt nie potrafił mi tego udowodnić. Ja też nie mogłem przecież nic zrobić, bo nie miałem pozwolenia na pracę. Mąż szefowej często używał wobec nas obelg. Potem tłumaczył, że jest nerwowy, bo jest chory na cukrzycę, ale następnego dnia powtarzało się to samo. Tak też było z innymi pracującymi. Szefowa zachowywała się identycznie. Obrażała nas w obecności klientów, którzy przychodzili coś zjeść. Pewnego dnia szef chciał nawet uderzyć jednego z nas. Wtedy postanowiliśmy wracać.
          Z trudnością odzyskaliśmy paszport. Oczywiście za ostatni tydzień nie dostaliśmy pełnego obiecanego wynagrodzenia. Bardzo żałuję tego wyjazdu i dlatego zdecydowałem się napisać ten list, aby ostrzec innych przed wyzyskiwaczami. Szczególnie, iż Państwo Kuchenmeister dalej ogłaszają się w polskiej prasie. Informuję też, iż pod tym nazwiskiem kryje się wiele osób, gdyż sprzedażą żywności zajmują się także synowie oraz wnuki Frau Kuchenmeister.

Stały Czytelnik
(imię i nazwisk tylko do wiadomości redakcji)

 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?