Strona główna » Holandia » Na czarno i na dziko
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
HOLANDIA | W przeddzień sezonu owocowego
Na czarno i na dziko
Dla Polaków szukających  zarobku za granicą, Holandia to nadal atrakcyjny kraj. W sezonie owocowym potrzebni są pracownicy do sadów. Największe szanse na zatrudnienie mają osoby z niemieckim paszportem.
    O regionie wokół Tiel mówi się zagłębie owocowe, bo rośnie tam najwięcej sadów. Przeważają grusze, jabłonie, śliwy i drzewa czereśniowe. Wśród szukających pracy dominują Polacy, ale można też spotkać naszych wschodnich sąsiadów. Bez podwójnego obywatelstwa trudniej jednak o zajęcie. Trzeba chodzić od sadu do sadu, a przed sezonem ciężko kogoś zastać. Można się też zniechęcić, jeśli jednego dnia aż kilkunastu gospodarzy odprawia nas z kwitkiem. Holendrzy są różni. Jedni nie chcą narażać się służbom podatkowym, inni ryzykują i przyjmują na czarno. Poza tym, atrakcyjniejsza od polskiej jest siła robocza ze Wschodu. O ile Polak przyzwyczaił się do stawki co najmniej 5 euro za godzinę, o tyle Rosjanina czy Ukraińca zadowoli 3-4 euro.
200 złotych dziennie
    Dotarliśmy do Tiel w końcu czerwca zeszłego roku. Czekał na nas kolega, który przyjechał trzy tygodnie wcześniej i załatwił nam pracę. Zna Holendra, który od kilku lat zaprasza go do siebie przed rozpoczęciem sezonu na czereśnie. Jego praca polega na obsłudze urządzenia, którego ruchomy mechanizm odstrasza szpaki, nie niszcząc przy tym owoców. Pięć euro za godzinę to może na pierwszy rzut oka nie jest oszałamiająca kwota, ale przy 12-14 godzinach dziennie zarabialiśmy nieźle. I tak przez trzy tygodnie.
Czekaliśmy na śliwki. Na początku lipca, kiedy jeszcze są zielone i wielkością bliżej im do grochu niż śliwek, wymagają przerywania. Dokładnie przegląda się każdą gałąź i usuwa nadmiar owoców. Czasem z kilkudziesięciu zawiązek zostaje kilka, ale Holendrzy wiedzą co robią. Wolą mieć mniej, ale za to najwyższej jakości.
Spokój Holendra
    Przerywanie zajęło dwa tygodnie, bo pracowaliśmy jednocześnie w dwóch sadach. Pomagało nam dwóch emerytów, z którymi nie mogliśmy się jednak dogadać. To jedyni poznani przez nas Holendrzy, którzy nie znali żadnego języka obcego. Poza tym, zaskoczył nas ich stosunek do pracy. Przyjeżdżali rano i jedli śniadanie. Później, co godzinę robili sobie przerwę, a w południe znikali na całą godzinę – w końcu trzeba było zjeść obiad. Gdy zaczynało padać, wsiadali do aut, by w domach przeczekać deszcz. Czasem, mimo że pogoda się poprawiała, a ich dzień pracy jeszcze się nie skończył, nie wracali do sadu. Nie kryli się z tym, więc wywnioskowaliśmy, że holenderskim pracownikom – albo tylko emerytom – przysługują dodatkowe przywileje.
    Gdy śliwki były przerwane, pracodawca obiecał, że nas zatrudni przy zrywaniu. Ale zbiory miały zacząć się dopiero w połowie sierpnia...
Jedzenie droższe od paliwa
    Trzy tygodnie bez zajęcia kosztowałyby nas dużo więcej niż paliwo do Polski, dlatego postanowiliśmy odebrać zarobione pieniądze i wracać do domu. Właściciel zaskoczył nas mówiąc, że zapłaci nam... część. – Reszta jak wrócicie – obiecał. Wiedzieliśmy, że nie odważy się nas oszukać, bo jest kolegą Jana od czereśni. W końcu Jan nam te śliwki załatwił i w razie czego obiecał pomóc. Pomyśleliśmy tak: skoro resztę odda w sierpniu, to znaczy, że bierze nas pod uwagę przy zrywaniu śliwek. I – jak się później okazało – zrobił dokładnie tak, jak obiecał.
Chytry traci dwa razy
    Nie uśmiechało nam się płacić za pole namiotowe, skoro kolega od trzech tygodni mieszka na dziko i nie narzeka. Namiot rozbił przy stawie wzdłuż drogi do Tiel. – Chcąc oszczędzać, nie możemy wydawać – stwierdziliśmy i zabraliśmy się do rozbijania  namiotów. Okazało się, że nie jesteśmy sami. Podobnie zrobili też inni Polacy. Niestety, mieszkanie koło nich, nie było przyjemnością.
    Gdy wracaliśmy z pracy, wokół namiotów walały się porozbijane słoiki z jedzeniem i ubrania. Liczyliśmy straty i coraz mniej nam się podobało to miejsce. I pomysł, by tak oszczędzać. Na domiar złego, któregoś dnia towarzystwo pocięło nasze namioty.
Z powietrza i z lądu
    Im dłużej trwał sezon, tym więcej było kontroli. Nad sadami latały śmigłowce z kamerami. Jan twierdził, że kontrolerzy fotografują stojące w ogrodach samochody i jeśli rozpoznają polską rejestrację, pracodawca zapłaci karę i nas zwolni.
    Któregoś dnia do sadu przybiegł nasz Holender. Z krzykiem, łamaną angielszczyzną tłumaczył nam, że mamy przez dwa dni nie pokazywać się. Na szczęście obyło się bez kłopotów...
Dorota Paszek

 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?