Strona główna » Oszukany, oszukana » Oszukany, oszukana
 
 
Praca sezonowa
Niemcy
Na zbiory do Niemiec
Włochy
Francja
Austria
Holandia
Hiszpania
Skandynawia
Kraje pozostałe
Europa

Uwaga! Wszystkie teksty
pochodzą z dwutygodnika:
"Praca i Nauka za granicą".
Oszukany, oszukana
14.04.2006

POLSKA |
Ludzie listy piszą...
Oszukany, oszukana
Niestety, ciągle docierają do nas listy od Polaków, którym praca za granicą kojarzy się tylko z przykrościami. Dzisiaj piszemy m.in. o chciwym Holendrze z Brille, Niemcach którzy robią Polakom zdjęcia z ukrytej kamery, oraz o fikcyjnej ofercie pracy w belgijskich stadninach.

Holenderskie cyrki
    Len van de Bos jest właścicielem gospodarstwa ogrodniczego w Brille. Od lat pracują u niego głównie Polacy. Firma nazywa się De Riethof i ma nawet swoją stronę internetową (www.deriethof.nl). Ale próżno na niej szukać nazwiska właściciela. De Bos ma bowiem powody, aby chować się przed wierzycielami, szczególnie tym z Polski.
    Kilka lat temu jednego z Polaków poniosło, gdy nie dostał kolejnej wypłaty. Usiadł za kierownicą wózka widłowego i zaczął robić kółka na polu pełnym kwiatów. Pomogło – dostał zaległe pensje, ale z pracą musiał się pożegnać. Innego razu zdenerwowani Polacy zamknęli jednego z synów de Bosa w chłodni z kwiatami. Martin przesiedział tam całą noc. Niestety, nie przyniosło to spodziewanych efektów. Polacy wypłaty i tak nie dostali.
    Sławek z woj. dolnośląskiego najął się do pracy w szklarniach de Bosa w kwietniu 2005 roku. Dostawał 4-4,5 euro za godzinę, czyli znacznie poniżej minimum. Na domiar złego, nie mógł doprosić się o umowę. Czyli pracował na czarno. Gdy w sierpniu wracał do Polski, szef nie wypłacił mu zaległe 500 euro. Rad nie rad, Sławek po miesiącu wrócił do Brille. Dopiero w listopadzie doczekał się pierwszego dokumentu – zezwolenia na pracę, zaś umowę o pracę dostał tylko do podpisu i nawet nie zdążył jej przeczytać.
    Razem ze Sławkiem – z tego samego dolnośląskiego miasteczka – wyjechało jeszcze kilka innych osób. Wszyscy byli tak samo zwodzeni. Nikt nie dostał umowy do ręki. Wszyscy mieli zaniżone stawki i zaległe wypłaty. W końcu puściły im nerwy i 15 marca (br.) przestali chodzić do pracy. Łączne zaległości wobec Sławka i jego kompanów urosły do pokaźnych 5000 euro. Polacy postanowili walczyć o swoje. Zgłosili sprawę na policji, potem u adwokata i w związkach zawodowych. Bez rezultatu. Byli nawet w polskiej ambasadzie w Hadze. Stamtąd wykonano telefon do de Bosa, a ten z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie płaci Polakom celowo, bo chce ich w ten sposób zmusić, aby wrócili do pracy.
    Ponoć de Bos czuje się taki pewny, gdyż formalnie jego firma jest zadłużona i  nawet jak zapadnie dla niego niekorzystny wyrok to i tak nikt nie zobaczy jego pieniędzy.

Ukryta kamera
    Z listu Czytelników:
Było nas prawie 200  osób i pracowaliśmy przy truskawkach. W piątym tygodniu nagle okazało się, że z robotą koniec. Na dzień przed wyjazdem nasz tłumacz dał nam różne dokumenty in blanco do podpisania. Ja odmówiłam. Rano obudziłam się z podłożonym zdjęciem z wieczornej kąpieli. Zrozumiałam i odpuściłam. Po powrocie do domu przeprowadziłam prywatne śledztwo i dowiedziałam się, po co były drugie drzwi w łazience i dlaczego Polacy, którzy pracowali tam jako tłumacze (notabene wszyscy z Głuchołaz na Opolszczyźnie) celowo werbowali tylko takich rodaków, którzy w ogóle nie znali języka. Wszystkim, którzy kiedyś przypadkiem trafią do gospodarstwa Herberta Schrödera w Dosenheim radzę, aby korzystając z kąpieli koniecznie zostawili na sobie bieliznę.
Katarzyna B.
Antoni K.

To nie była gratka
    Sylwia P. znalazła w portalu gratka.pl ciekawą ofertę pracy w belgijskiej stadninie koni. Warunki były kuszące: 5,60 euro za godzinę, 50 godzin pracy tygodniowo, noclegi i obiady gratis. Wyjazd miał nastąpić 26 marca. W roli pośrednika wystąpił niejaki Roman Kukuła z Torunia (tel. 0511-219002), który deklarował, że załatwia nie tylko samą pracę, ale  także stosowne zezwolenie. Za swoją usługę zażyczył sobie jednak 260 złotych, płatne na konto w Eurobanku.
    Ponieważ to wszystko wyglądało zbyt pięknie, Sylwia  postanowiła to i owo sprawdzić. Okazało się, że w Toruniu ktoś taki owszem mieszka, ale nie ma pojęcia o belgijskich stadninach i w życiu nie zajmował się pośrednictwem pracy. Wyszło też na jaw, że jakiś czas temu zgubił dokumenty i ktoś się pod niego podszywa. Oczywiście, wobec takich faktów, nie trzeba się domyślać, że 26 marca nikt z Polski nie wyjechał do pracy w belgijskiej stadninie. Ale kilka osób – albo więcej – z pewnością dało się nabrać i straciło owe 260 złotych.
Józef Leszczyński

 

Porady prawne
Niemiecki paszport
Adwokaci polskojęzyczni w Niemczech
Niemieckie przepisy
Sonda
Czy uważasz, że Polska powinna znieść wszelkie ograniczenia przy zatrudnianiu Ukrainców?